Na podróże nigdy nie jest za późno
Kocham podróże.
Od dziecka marzyłam oglądając programy podróżnicze, żeby być kimś takim jak ten Pan/Pani opowiadający o miejscach w których są. Świat zawsze mnie fascynował. Odmienne kultury, klimaty, wulkany, rośliny, zwierzęta.
Za każdym razem gdy jestem w nowym miejscu chcę chłonąć wszystko co widzę czuję i słyszę.
Chcę jak najbardziej wtopić się w otoczenie.
Odziedziczyłam tę moją pasję po mojej ukochanej babci, która na tyle ile życie jej pozwoliło zwiedziła kawał Europy i Stany Zjednoczone ale…nigdy nie była w Azji.
Kiedy ja zaczęłam podróżować, a było to kilka lat temu, była jedną z nielicznych żywo zainteresowanych osób z rodziny, które chciały oglądać zdjęcia, zadawać pytania i bardzo wspierały moją pasję.
Pewnego razu, w 2020 roku, zadzwoniła do mnie z pytaniem i propozycją czy nie wzięłabym ją na Bali, (moje ukochane miejsce na ziemi). Ze łzami w oczach powiedziałam nawet nie zastanawiając się, że jasne. Że zrobię to z ogromną przyjemnością.
Pomyślałam wtedy ale czad. Mogę przeżyć przygodę życia, poznać moją babcię jako kobietę i spełnić jej marzenia o podróży do egzotycznego kraju.
Moja babcia miała wtedy 86 lat.
Powoli zaczęłam myśleć, kombinować jak to wszystko zorganizować, czego potrzebuję, jak przygotować babcię do tak długiego lotu i bardzo wysokich temperatur.
Myślałam o podróży na Bali, ale jednak lot na Bali jest trudny, męczący i długi.
Znalazłam za to fajny lot do Tajlandii, 6 godzin jednym samolotem, przesiadka i kolejne 6 godzin. Pomyślałam, że to byłoby lepsze dla babci.
W Tajlandii jeszcze nie byłam więc z przyjemnością poznam nowe miejsca.
Babcie wysłałam do lekarza, żeby doradził co potrzebne i czy jej stan zdrowia i leki, które przyjmuje pozwalają jej na to, aby odbyć długi lot i przebywać w tropikalnym klimacie.
Byłyśmy gotowe do lotu.
Bilety kupione, babcia gotowa ja podekscytowana na maxa. Przygotowałam babci „listę podróżnika”, co spakować, czego NIE pakować (z tym drugim jest zawsze ciężej, bo pakowanie to prawdziwa sztuka).
W między czasie wielkimi krokami zbliżał się z Chin wirus zwany COVIDem.
Włochy zamykały się, w rodzinie i u babci pojawiły się wątpliwości i strach czy powinnyśmy lecieć czy też nie.
Ja jednak po przeanalizowaniu wszystkiego stwierdziłam – lecimy!
Zaopatrzone w maseczki, o które już w tym czasie było ciężko, litry płynów do dezynfekcji, ruszyłyśmy na podbój Tajlandii.
Nie miałyśmy planu. Ja raczej nie planuję wcześniej podróży. Obieram cel, rezerwuje nocleg na nie więcej niż 2 dni a reszta już sama się układa.
Z doświadczenia wiem, że poznanie lokalnej społeczności, poznanie innych podróżujących, wymiana doświadczeń jest najlepszym „przewodnikiem” jaki miałam. Tym razem było podobnie. Choć Phuket nie był nigdy na mojej liście „wymarzonych miejsc”. To tam jednak było miejsce docelowe naszego samolotu.
Doleciałyśmy bezpiecznie, babcia chwaliła samolotowe jedzenie, które popijała winem musującym. Słuchała się mnie, kiedy upominałam o maseczki i dezynfekcję rąk. Babcia zachwycała się wszystkim. Była też poddenerwowana, zwłaszcza na początku. Jestem pewna że przeszło jej przez myśl…”co ja wymyśliłam”, ale nie zrezygnowała. Chociaż mówiła mi jeszcze przed podróżą: „Najwyżej Agusia polecisz sama a ja zostanę”, ale ja nie odpuszczałam.
Miejsce, do którego trafiłyśmy było bardzo przyjemne i niedaleko lotniska, bo tak stwierdziłam będzie najlepiej. Znaleźć coś blisko lotniska żeby już nie ciągnąc babci dłużej. Phuket jest dużą wyspą liczącą 542 km. Nie wyobrażałam sobie ciągnąć babcię kolejne kilka godzin autem, zwłaszcza, że doleciałyśmy wieczorem.
Poranny zachwyt babci palmami i całą roślinnością otaczającą hotel był dla mnie bezcenny. Wiedziałam, że to jest najpiękniejsze co mogę dla niej zrobić w życiu. Dać jej niezapomniane wspomnienia. I tego ranka byłam już pewna, że podjęłam słuszną decyzję ryzykowną jak na tamten czas.
Zostałyśmy w tym miejscu 2 dni, w czasie których odpoczywałyśmy po podróży i przyzwyczajałyśmy się do zmiany czasu. Babcia zachwycała się wszystkim. Moja babcia to miłośniczka nie tylko podróży ale również flory i fauny.
Chodząc po plaży znalazła pierwszą łupinę z kokosa. Wzięła ją do ręki, mówiąc, że marzyło jej się zawsze spróbować wody kokosowej (spełniłyśmy to marzenie dzień później).
Zdjęcie, które zrobiłam na jej prośbę palm, które były centralnym punktem widokowym naszego pokoju jest jej ulubionym zdjęciem do dziś.
Dla mnie początek był dość wymagający. Ja, przyzwyczajona już do notorycznego braku snu, wiecznej zmiany środków transportu, hałasu, szumu, szybkiego tempa, a przede wszystkim młodsza od babci ho ho…musiałam zwolnić i dopasować się. Obserwowałam więc babcię, która wydawała się być też zagubiona w tym wszystkim, próbując dostosować tempo i program, którego w zasadzie nie miałam, do babci.
Po dwóch dniach przeniosłyśmy się do najbardziej popularnego miasta Phuket – Patong.
Patong, jak i sama wyspa nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Bardzo skomercjalizowane, przeludnione miejsce. Postanowiłam więc poszukać wyspy na którą mogłybyśmy popłynąć a która nie byłaby tak zaludniona. Wiedziałam już, że ta podróż będzie totalnie różna od mojego stylu podróżowania. Mam na myśli co kilka dni zmianę miejsca. Wiedziałam i widziałam, że dla babci te podróże są wykańczające.
Wybrałam wyspę Koh Lanta.
Załatwiłam prom, bilety, znalazłam nocleg, zorganizowałam odbiór nas z portu i rano miałyśmy wyruszyć promem, a nawet dwoma na Koh Lantę.
O Patong i Phuket nie będę się rozpisywać. Kopmletnie nie mój klimat i jak dla mnie złe fluidy. Jedyną moją myślą, którą miałam tam to było – uciekaj. Jestem pewna, że Phuket ma wspaniałe miejsca, to jest kawał wyspy. Ja poznałam to miejsce chyba od najgorszej strony. Może kiedyś….
Babcia zjadła pierwsze tajskie posiłki, smakowały jej. Wypiła wodę kokosową – nie miała zdania. Była bardzo mile zaskoczona, że ludzie są uśmiechnięci i życzliwi.
Faktycznie wszędzie nam pomagali. Ja ze swoimi dwoma plecakami, babci walizą i babcią pod pachą…Zawsze znalazł się ktoś, kto nam pomógł.
Ludzie uśmiechali się do nas i patrzyli z ogromną życzliwością i podziwem.
Podróż promami była bardzo trudna dla babci. Długa, upalna, głośna z mnóstwem trudnych schodów do pokonania i zmianą promu, która musiała być dynamiczna, bo promy były spóźnione. Były też przepełnione. Na szczęście miejsce dla babci było.
Na promie poznałam bardzo sympatycznego Taja, który był częścią obsługi promu. Zaczęliśmy rozmawiać, i powiedziałam, że podróżuję z moją babcią (babcia siedziała sobie na plastikowym krzesełku turystycznym. Nasz nowy kolega tak się przejął babcią, i wzruszył naszą historią, że od tej pory jego 100% uwagi było skupione na babci. Wachlował ją a kiedy mieliśmy wychodzić już z promu, wstrzymał wszystkich tak, żeby babcia mogła wyjść jako pierwsza, spokojnie, powoli i ostrożnie. Babcia nie mogła wyjść ze wzruszenia. Ja również. Był to niesamowicie piękny gest.
W tym czasie COVID szalał już w Europie. Zaczęłam zastanawiać się jak tu zorganizować wszystko tak, aby babcia była jak najbardziej bezpieczna.
Dotarłyśmy do Koh Lanty. Ja poczułam ogromną ulgę. Ulice puste, czuć spokój i luz. Wiedziałam, że trafiłyśmy w dobre miejsce.
Miejsce, gdzie miałyśmy nocleg był super. Bambusowe chatki z klimatyzacją, co dla babci było zbawieniem. Wiedziałam też, że dla jej bezpieczeństwa, tempem, zostaniemy już na Koh Lancie. Miejsce było na tyle ciche z małą ilością turystów, że było idealne. Właścicielki były cudowne, otoczyły babcię cudowną opieką, troszczyły się o nią i zawsze miały ją na oku. Babcia dużo spała, czytała gazety, obserwowała roślinność, owady, ptaki, palmy, bananowce, ludzi, brodziła w morzu, uważnie stawiając kroki w wodzie.
Dużo się śmiałyśmy i rozmawiałyśmy a ja miałam okazję poznać babcię jako kobietę a nie jako moją babcię.
Piłyśmy szejki z mango, jadłyśmy świeże owoce, próbowałyśmy egzotycznych niedostępnych w Polsce owoców.
Pamiętam jak siedziałyśmy na plaży, ja poszłam robić zdjęcia.
Jak wróciłam, babcia mi mówi, że widziała takie pszczoły, o których oglądała program w telewizji, które budują gniazda w ziemi…był to jeden z bardziej wzruszających momentów. Bo zdałam sobie sprawę, że świat, który podziwiała w ekranie telewizora stał się światem, który właśnie doświadcza.
Pewnego poranka wstałyśmy i mówię do babci: babciu, dzisiaj dzień masażu. Zorganizowałam masaż. Przyjechała Pani z domku obok. Oczywiście porozmawiałam z nią, że masaż ma być bardzo delikatny, chociaż wiedziałam, że one dokładnie wiedzą co robią.
Po masażu babcia czuła się super ale…na drugi dzień czuła niektóre mięśnie.
Każdego dnia nagrywałyśmy filmiki, tzn ja nagrywałam krótki reportaż/wywiad z babcią co nowego i wysyłałam rodzinie, która zamartwiała się babcią. Uwielbiam wracać do tych filmików. Są zabawne i słodkie.
Pod koniec pobytu zmieniłyśmy miejsce i przeniosłyśmy się bliżej plaży. To był dobry wybór. Babcia już zaklimatyzowana, przyzwyczajona, czuła się jak ryba w wodzie.
Śmiałyśmy się, że nie wracamy. Popijała Chang, piwo tajskie, jadła tajskie jedzenie. Cieszyła się, że je zdecydowanie mniej niż w Polsce i że w ogóle nie ma ochoty na słodycze. Fakycznie w Azji nie da się zjeść dużo…
Spała jak dziecko i mówiła, że dawno tak dobrze się nie czuła. A na dodatek młodniała każdego dnia.
Niestety nasza podróż dobiegła końca. Wróciłyśmy do Phuket dzień wcześniej, śpiąc w przydrożnym hotelu blisko lotniska.
Cóż, podobno wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć.
Dla mnie kolekcjonowanie wspomnień to jedyne co mogę wziąć ze sobą do grobu. Warto zadbać o fajne wspomnienia i czasami zaryzykować…![]()
Babcia jechała disco taksówką, płynęła 2 promami, leciała 2 samolotami, jechała tuktukiem. Jadła tajskie jedzenie, próbowała egzotycznych owoców, brała witaminę D w postaci słońca, poprawiła swoją skórę, która stała się nawilżona i błyszcząca, poprawiła swoją kondycję spacerując i chodząc więcej niż robiła to będąc w Polsce. Uśmiech nie schodził jej z ust, stała się rozluźniona i…szczęśliwa.
Na podróże nigdy nie jest za późno a moja babcia to moja bohaterka. Miałam ogromne szczęście w byciu częścią tej historii…![]()



















